Dokąd się zdąża.
Dokąd się zdąża. Kiedyś mi się zdarzyło, że miałem w głowie całą powieść napisaną. Zbrakło mi sił, żeby ją przepisać. Kiedy książka zaczyna pączkować, kiedy bohaterowie stają się obfici w możliwości, to dopiero zabawa, dopiero idzie się dalej, niż się miało zamiar. Tak samo słowa i zdania, które nas cieszą, wciąż się mnożą. Wyzywam prawdziwego artystę, niech mi powie szczerze, czy nie pisze dla takich powodów. Mam słabość do gramatyki francuskiej. Retoryka bardzo mi się podoba. Nieśmiało staram się dobrze pisać. Rzecz ciekawa (ale czuję, że to nie jest ani usprawiedliwienie, ani racja), doznaję rzeczywistego zadowolenia, gdy poprawnie stosuję imiesłowy, gdy żongluję czasem teraźniejszym w opowiadaniu, gdy kombinuję syllepsy, wymyślam antonomazy, wynajduję nieoczekiwane epi-fonemy. Boże, jakże ja lubię tropy! Prawdziwa uczta! Gdyby pan Sartre nie pogardzał tropami, pisałby pewno trzy razy mniej, ale wyciągałby stąd potrójne zadowolenie. Nic tak jak tropy nie daje istotnego pojęcia o tym, czym jest styl. Bliska znajomość z tropami robi cię uważnym, ostrożnym, wybrednym... Wysmaża się piękne, czyściutkie zdania, zachłystuje się przymiotnikami... Przy użyciu tropów zawód pisarza (niesłychanie nudny) staje się tak przyjemny jak zawód mechanika albo fabrykanta fortepianów. Pascal powiedział, że wielkie myśli mają swój styl. Niestety! nie mam wielkich myśli, ale wydaje mi się, że można dodawać wielkości małym myślom. Tak właśnie Ofelia może się przysłużyć śledziom. Zdrowie stylu rozpoznaje się po pewnym musowaniu słów. Mamy dość różnych na to przykładów: Kafka, Merimśe, Dumas ojciec itd. Ci wielcy ludzie nie są nigdy ponurzy. Wierząc w swej naiwności, że lepiej naśladować Balzaka niż pana Sartre\'a, przykładam się do wesołego opisywania rzeczy przejmujących. Kiedy mi się uda to osiągnąć, zrobię, zdaje mi się, duży krok naprzód. Kwiecień, 1952 Julia Poissonard, choćby nie wiedzieć co robiła, zalatywała zawsze serem brie-coulommiers, bo była właścicielką sklepu z nabiałem. W roku 1940 w czerwcowym słońcu, na drodze do Bordeaux, gdzie ją rząd poprzedził, zabrała na swoją półciężarówkę jakiegoś człowieka, który zaraz powiedział do niej: „Serem cię czuć, mamusiu. Jak ty nie jesteś mleczarka, to ja jestem papież\". Był w mundurze żuawa i popijał czerwone wino, nikogo nie częstując. Julia Poissonard pomyślała sobie: „Jakie te ludzie niedobre\". Mąż jej, Karol-Hubert Poissonard, prowadził wóz. Klęska Francji usposobiła go gadatliwie i gawędził z żołnierzem. „Dlaczego to nie wysłali na front wszystkich Żydów? Żebym był prezydentem republiki, tabym zaraz tak zrobił. Nie doszłoby do tego\". Dwoje dzieci państwa Poissonard, dziesięcioletnia Janinka i mały czteroletni Rysio, milczało z godnością, dając przykład poprawnego zachowania, stracony zresztą całkowicie dla otoczenia. W Bordeaux pozbyli się jakoś żuawa, który już wypił wino i zagrażał zapasom swoich wędrownych gospodarzy. Ogólnie biorąc, podróż, którą potem nazywano „tułaczką\", nie była bardzo przykra. Oczywiście było błędem przygarniać żuawa, ale to nauka na przyszłość, że nie należy zabierać pierwszego lepszego tylko dlatego, że jest w mundurze i wędruje na piechotę. Rodzina Poissonardów nie widziała żadnego uroku w przeludnionym głównym mieście departamentu Gironde. Półciężarówka przebiła się jakoś aż do skweru Quinconces i pozostała tam unieruchomiona przez cały tydzień. Poissonardowie nocowali w niej nie mogąc nigdzie znaleźć mieszkania. Rano mały Rysio robił siusiu na koło, co go bardzo bawiło i, jak mu się zdawało, dodawało mu powagi. Pani Poissonard uważała, że to jest „złe wychowanie\", ale w tych warunkach trzeba było wybaczyć młodemu człowiekowi. Przewidująca
Poprzedni - Najlepiej, jak umiem.Następny - Janinka zabrała z